księga |
wpisz się |
ulubione
Uśmiechnął się znowu. Bolało mnie to, kompletny brak wyjaśnień, dziwne zachowanie i uśmiech, który tylko kruszył moje serce. Nagle znikąd pojawił się kelner i nachylając się nad moim współlokatorem przyjął zamówienie po czym zniknął.
-Napijesz się?- zapytał wskazując na zakorkowaną butelkę wina.
-Tak, poproszę.- odrzekłem cicho.
Nalał mi po czym zadał kolejne pytanie:
-Czemu jesteś taki spięty?
To była bezczelność! Wziąłem głęboki wdech starając się opracować jakąś normalną odpowiedź, gdy on powiedział:
-Jesteś śliczny.
Tak po prostu! Nie rozumiałem go. Chciałem mu wykrzyczeć jak bardzo się myli, jakim okropnym egoistą jest, jak strasznie nienawidzę ludzi takich jak on, jednak spuściłem wzrok, zaciskając zęby.
-Jak ci minął dzień?
-Fantastycznie. – odburknąłem.
-Mam jutro wolne.
-Fantastycznie. – mówiłem kurczowo patrząc w blat.
-Zostanę w domu.
-Fantastycznie.
-A po twojej pracy zabiorę cie na kolacje.
-Nie trzeba.
-Chcę spędzić z tobą trochę czasu. Za miesiąc zaczyna się szkoła, chciałbym do tego czasu lepiej cię poznać.
-Chciej. –odpowiedziałem, czując się jak nastolatek kłócący się z rodzicami.
-Co ci jest?
-Nic.
-Vincent, ja…
-Zapomniałem, że muszę jechać do siostry! – powiedziałem wstając.
Pospiesznym krokiem ominąłem kelnerów i opuściłem restauracje. Byłem wściekły. Rozumiem, że śpimy ze sobą, ale czemu on się nade mną znęca? Rozejrzałem się. Byłem daleko od domu, bez motoru i do tego całkowicie rozgoryczony. Wiedziałem, że on zaraz zacznie mnie gonić. Musiałem się schować. Przebiegłem przez ulicę a następnie skręciłem w bramę jakiegoś domu i przyklejony do ściany czekałem. Usłyszałem jak kilkakrotnie woła moje imię po czym wsiada do samochodu i odjeżdża. Policzyłem powoli do dziesięciu i wyszedłem z ukrycia, kierując się w stronę metra. Gdy wsiadłem do pociągu uświadomiłem sobie, że nie wiem gdzie jechać. Wysiadłem na przypadkowej stacji. Okazało się, że dotarłem w okolice Montmartre więc skierowałem się w stronę katedry Sacre Coeur. Malarze po drodze w różnych językach mówili mi jak piękny jestem, ale ja nie zwracałem na nich uwagi i poszedłem do kawiarni „Pod Czarnym Kotem”, gdzie zamówiłem duże latte z bitą śmietaną. Pijąc tę słodką kawę zastanawiałem się co będzie dalej, w końcu z nim mieszkam. Rozdrażniony całą tą sytuacją dopiłem kawę i wróciłem do metra. Tym razem pilnowałem przystanków i wysiadłem nieopodal mojego nowego mieszkania. Idąc całą drogę wyklinałem beznadziejne połączenie mojego wrażliwego serca, zbyt wybujałej wyobraźni i łatwości. Drzwi do mieszkania otworzyłem z takim impetem, że przez chwile zdawało mi się, iż je zniszczyłem. Valentino czekał w przedpokoju opierając się o szafeczkę. Był smutny jednak rozpromienił się gdy mnie zobaczył. Zamknąłem drzwi i postanowiłem, że muszę z nim porozmawiać jednak gdy tylko do niego podszedłem poderwał się, ujął moją twarz w dłonie i z pełną namiętnością pocałował. Cała złość ze mnie spłynęła. Czułem już tylko żal.
-Nie uciekaj ode mnie.- poprosił.
Objąłem go mocno. Cierpiałem gdyż uświadomiłem sobie jaki straszny błąd popełniłem zakochując się w nim.
-Może zapomnimy o wszystkim? – zapytałem.
-Nie. Nie chcę.- odpowiedział, kładąc dłoń na mojej głowie.
-Dlaczego? – spytałem łamiącym się głosem.
Podniósł moją głowę trzymając mnie za podbródek i spojrzał w oczy. Bardzo powoli i delikatnie mnie pocałował. Podtrzymywał moją głowę. Czułem się jak jego skarb. Gdy oderwał się od moich ust, łzy spłynęły mi po Polikach. Otarł mi je.
-Nie męcz mnie! – wykrzyczałem.
-Nie chcę, wolę cie rozpieszczać. – uśmiechnął się.
Wcisnąłem twarz w jego klatę i rozpłakałem się na dobre. Roześmiał się. Czułem się lepiej.
-No, już dobrze. –powiedział, odchylając się tak aby patrzeć mi w oczy.
-Świnia!
-Pewnie, do tego wredna. – uśmiechnął się.
Wytarłem Poliki rękawami.
-Zmoczyłem ci koszulę….- zauważyłem.
-Nie ważne. Nie zjedliśmy obiadu, idziemy gdzieś?
Spojrzałem na niego niezadowolony. Zdjął ze mnie ramiona i sięgnął po telefon. Po chwili powiedział:
-Izumi sushi? Poproszę zieloną herbatę, hosomaki oshinko, california maki i dwa daifuku…..tak. Na Franciszka z Asyżu 15, apartament numer 5. Tak….dobrze, dziękuję.
Odłożył telefon i uśmiechnął się.
-Skąd wiedziałeś co lubię?
-Wystarczy na ciebie spojrzeć …poza tym wiesz, pracuję z bandą otaku, nazwijmy to zboczeniem zawodowym. Ty jesteś takim uke, że to po prostu widać. – odpowiedział.
-Uch! Jakie uke?
-Takie małe, słodkie i płaczące w bluzkę seme.
-Baka! – powiedziałem krzyżując ręce i przytupując nogą.
Odwróciłem się na pięcie. Na jego reakcje nie czekałem długo. Zarzucił na mnie swoje ramiona i schylił się by ucałować moją szyję. Mruknąłem i zapytałem:
-A na wieczór masz plany?
-Nie, wczoraj odpracowałem wszystko. A co masz jakiś pomysł?
-No może byś poznał moją siostrę. Mieszka niedaleko stąd z przyjaciółką…
-Przyjaciółką? Taką jak ja? W sumie też mieszkasz z przyjacielem, prawda?- mruczał pieszcząc mój kark.
-Świntuch! Ukyo jest grzeczną dziewczynką zakochującą się w co drugim mężczyźnie jakiego spotyka. Ona ma listę facetów, za których chce wyjść, jest na niej nawet jeden zmarły aktor…
-Mhm. Ciekawe …A ile mieszka z tą „przyjaciółką”?
-Od roku, jak tylko skończyła 18 lat, wcześniej się tylko spotykały.
- A ile lat ma ta druga? – dopytywał.
-21, to normalne. Po prostu się przyjaźnią!
-Ach tak? A czemu nie ma chłopaka? Wspomniałbyś o nim gdyby go miała, a musi być śliczna skoro jest twoją siostrą…
-Ukyo?! Przecież jest za młoda żeby myśleć o takich rzeczach! Poza tym i tak jest zbyt wybredna.
-Muszę ją poznać. I tą jej przyjaciółkę też.
-Jesteś okropny. Dzwonię do niej …zaprosić ją tu czy gdzieś pójdziemy – spytałem.
-Zaproś ją, powinna wiedzieć gdzie mieszkasz.
Zadzwoniłem do niej i w tej samej chwili przyjechał nasz obiad. Jednak młoda odebrała telefon więc Valentino musiał się zająć dostawcą.
-Umówiłem się na 20h00, będzie z nią Matt.
-Matt?
-Jej przyjaciółka.
-Matt?!
-Béatrice, ale mówi się na nią Matt. Z Death Note’a.
-Więc siostrzyczka jest jak Mello? – roześmiał się.
-Raczej jak Misa… tylko fajniejsza.
-Lepiej żebym sam ocenił. Teraz zjedzmy.
Sushi było pyszne. Tym lepsze, że każdy kawałek on mi podawał.
-Meow! – powiedziałem po dopiciu herbaty.
-Miał?- zapytał niebezpiecznie na mnie patrząc.
-Mrau…
Rzucił się na mnie. Cieszę się, że kanapa w salonie jest taka miękka. Poznawał moje usta coraz lepiej, perfekcyjnie nad nimi panował. Nie ma sensu wspominanie o jego języku, ponieważ był tak mistrzowski, że nie potrafię go opisać. Valentino po prostu świetnie całował. Odchyliłem głowę i zobaczyłem zegar na szafce. Była 19:12.
-Muszę pozmywać zanim przyjdzie młoda. Przygotuję też kolacje żeby nie musieć jej robić kiedy tu będą.
-Może jakoś ci pomóc? –zapytał przerywając muskanie mojej tętnicy ustami.
-To możesz pozmywać a ja zrobię kolację. – zaproponowałem.
Wstał i zebrawszy nakrycie ze stołu poszedł do kuchni. Podążyłem za nim. Zajrzałem do lodówki, zastanawiając się co mogę przygotować. Wymyśliłem kotlety sojowe z kaszą jęczmienną i brokułami, do których podam półwytrawne czerwone wino. Mój współlokator zaakceptował to z nie małym entuzjazmem. Kiedy smażyłem kotlety postanowiłem zadać mu nurtujące mnie pytanie:
-A tak swoją drogą… po co wyszedłeś wczoraj wieczorem?
-Napisali mi smsa z redakcji. Drukarnia przechodzi kryzys, ale to już nic. Już wszystko załatwiłem i dlatego mam jutro wolne. –odpowiedział wycierając ręce.
-Aha,… to świetnie. –powiedziałem klnąc w duchu na bezmiar mojej głupoty.- Mógłbyś jeszcze ogarnąć pięterko?
-Jasne, skarbie. – odpowiedział.
Za chwilę usłyszałem jak wbiega po schodach. To jak mnie nazwał świadczyło o tym, że łączy nas coś więcej niż sam seks…
Skończyłem przygotowanie posiłku i wstawiłem go do nagrzanego piecyka aby nie wystygł. Posprzątałem i zerknąłem na zegarek, była 19h52. Szybko sobie poradziliśmy. Gdy mój przyjaciel zmienił koszule ktoś zadzwonił do drzwi. Otworzyłem. Stały w nich młoda i Matt. Siostra miała pakunek w ręku.
-Hej braciszku! Dobry wieczór panu.- przywitała się wchodząc.
Valentino uśmiechnął się, uściskując jej dłoń i mówiąc:
-Valentino. Proszę bez żadnych „panów” jeśli to możliwe.
-Ach, oczywiście. Jestem Vivienne, miło mi! A to jest Ma …znaczy Béatrice. – powiedziała rumieniąc się.
-Mnie również jest miło. – powiedział wyciągając rękę w stronę Matta.
-To tak jak mi. – odpowiedziała tamta.
-A to jest na słodki początek. – powiedziała młoda, wręczając współlokatorowi pakunek.
Valentino rozpakował go i ukazał naszym oczom jeszcze ciepłą szarlotkę.
-Dziękuję. Zaniosę od kuchni, od której mam zamiar zacząć oprowadzanie. – odrzekł.
Dziewczynom dom się podobał. Tylko na górze, w sypialni mała była bardzo zamyślona. Gdy zapytałem ją o powód nienaturalnego dla niej milczenia odpowiedziała pytaniem:
-Po co wam dwa łóżka?
-Ukyo! – upomniała ją Matt.
-Za dużo yaoiców – zdiagnozował jej minę Valentino i zeszliśmy do salonu.
Podałem kolacje i od razu Ukyo zasypała nas pytaniami:
-To od kiedy się znacie?
-Od soboty. – bez skrępowania odparł chłopak.
-Gdzie pracujesz?
-W wydawnictwie.
-Masz rodzeństwo?
-Tak, brata.
-Dlaczego mieszkasz z Vincentem?
-Bo mi się podoba.
Vivi zapowietrzyła się. Matt podała jej wino i powiedziała:
-Może wreszcie zaczniesz jeść zamiast zadawać tyle pytań? W końcu to nie przesłuchanie a twoja porcja zaraz wystygnie.
Reszta wieczoru minęła przyjemnie. Zastanawiało mnie tylko dlaczego Valentino odpowiadał tak bezpośrednio. Potem on odwiózł dziewczyny a ja posprzątałem. Gdy wrócił akurat kończyłem.
-Urocza ta twoja siostra. – powiedział.
-Tylko trochę nachalna, przepraszam za nią.
-Nic nie szkodzi. To normalne, że jest ciekawa.
-Może i racja. Nie wiem, idę się kapać. – odrzekłem i ruszyłem w stronę łazienki.
Napuściłem wodę do wanny i zrobiłem pianę po czym rozebrałem się. Spojrzałem w stronę drzwi i po sekundzie namysłu otworzyłem je po czym wszedłem do wolno stojącej wanny. Odczekałem chwilę i zawołałem:
-Vlentino, podałbyś mi mydło?
Mój kochanek zjawił się natychmiast. Wziął mydło z półki podszedł z nim do mnie. Ja zaś dosyć wymownie na niego spojrzałem. To wystarczyło by zaraz rozebrał się i dołączył do mojej kąpieli. Otulił mnie ramionami delektując się moim karkiem. Bezwolnie oddałem się jego pieszczotom. Gdy delikatnie wsunął się pode mnie poczułem jego twardniejącego członka. Sięgnąłem ręką za głowę tak by dotknąć jego twarzy po czym odchyliłem się i musnąłem jego policzek ustami.. Podniósł moje biodra i wszedł we mnie. Jęknąłem, więc mnie objął. Podnosiłem się i opadałem niczym noszony falami oceanu rozkoszy. Z każdą chwilą byłem coraz bliżej niego. Kiedy jego oddech znacznie przyśpieszył, zsunął swoją dłoń i ujął moją męskość. Znów zajęczałem . On zaś coraz głośniej oddychał, W niemal jednej chwili zacisnął dłoń, wstrzymał oddech i cicho krzyknął. Sekundę później ja również doszedłem. Ciągle głośno oddychając obrócił mnie do siebie i objął. Kiedy obaj się trochę uspokoiliśmy szepnął:
-Powinniśmy to robić częściej.
-Jak na razie jest to codzienność.- zaśmiałem się.
Patrzył na mnie przez jakiś czas, widocznie rozmyślając po czym odparł:
-Sugeruje trzy razy dziennie. Rano, po powrocie z pracy i przed snem.
-Czy to nie przesada?- spytałem lekko zaniepokojony.
-Jak można przesadzić ? Ja uważam, że to nadal mało, ale wiem, że pewnie nie będzie czasu na więcej, szczególnie jak zacznie się szkoła…
-Zboczeniec, nie mógłbyś robić czegoś ciekawszego?
-Co może być ciekawsze od seksu z kimś w kim się zakochuję? –spytał szelmowsko się uśmiechając.
Podparłem się przedramionami o jego klatę by móc lepiej go widzieć.
-Zakochujesz się we mnie? Znamy się dwa dni!
-No i co z tego? Jak mógłbym się oprzeć takiemu urokowi?
-Nienormalny zboczeniec!
-A ty płaczesz i uciekasz bo wcale ci się nie podobam, prawda? – spytał , kładąc dłonie na moich pośladkach.
Zarumieniłem się i otworzyłem usta aby zaprzeczyć, jednak on się uśmiechnął i dodał:
-Chodziliśmy ze sobą do gimnazjum.
Wytrzeszczyłem oczy ponieważ przypomniało mi się jak, nawet po skończeniu szkoły, chodziłem do tej biblioteki by popatrzeć na zielonookiego boga. Tylko przez ostatnie dwa lata nie miałem na to czasu.
-O cholera, nosiłeś taką zajebistą torbę od Vivienne Westwood, której nigdzie nie można dostać, prawda?
-Tak i nawet na początku klasy maturalnej chodziłem do tej biblioteki przy szkole bo miałem nadzieję, że uda mi się na ciebie pogapić. Dostałem nawet cynk od Jacquesa gdzie pracujesz. – roześmiał się.
-No ale nie wiedziałeś, że jestem gejem…
-Ej no chwila, strzyżesz się u Jacquesa! Musisz być gejem. – odparł ze śmiechem.
-Moja siostra też strzyże się u niego!
-Ona raczej nie chadza z nim na imprezy do Babylonu, gdzie przy okazji widziałem jak całujesz się z barmanem…
-To była tequila sunrise! A ty jesteś psychiczny!
-Nie bój się, nie wypytywałem o ciebie, a w Babylonie byłem z zupełnie innego powodu. Zresztą i tak już mnie kochasz. – odparł i przycisnął mnie do siebie.
Nie miałem argumentu żeby zaprzeczyć więc go pocałowałem. Wymieniliśmy wodę w wannie i wykąpaliśmy się. Cały czas się śmiałem ze swojego totalnego braku pamięci. Na górze o mało nie zabiłem się o barierkę od schodów, próbując po ciemku dojść do łóżka więc Valentino wziął mnie do siebie. Wtulony w niego zasnąłem.
_______________
przepraszam, że musieliście czekać ale tym razem to wina myloga ^^' Hope you like it!
tagi:
Obudził mnie telefon. Gdy doszedłem do siebie i odnalazłem go na komodzie zauważyłem, że Valentina nie było w domu. Pomyślałem, że to on dzwoni jednak gdy odebrałem usłyszałem żeński głos:
-Hej braciszku, mógłbyś po mnie przyjechać bo zaspałam a nie chcę się spóźni...
-Jasne, za pół godziny będę, bo wiesz...właśnie mnie obudziłaś i...
-Jak za pół godziny? Nie zdążysz, za daleko mieszkasz!
-Przeprowadziłem sie, opowiem ci później. Szykuj się, za pół godziny będę.
-Oki, czekam.
Rozłączyła się. Odłożyłem komórkę i poszedłem do łazienki. Po wzięciu szybkiego prysznica, przebraniu się i ogarnięciu włosów, rozejrzałem się po domu. Nie było go w nim, ale znalazłem jednoznaczne ślady na to, że Valentino wrócił na noc. Sprzątnął jedzenie ze stołu, nie pościelił po sobie łóżka, rano ubierał się w pośpiechu wyrzucając niemal całą zawartość szafy na łóżko, a na śniadanie jadł kanapki z powidłami śliwkowymi, które zostawił na stole nawet nie zamykając słoika.
Nie miałem czasu posprzątać tego wszystkiego, więc wziąłem torbę, klucze od mieszkania i motoru po czym wyszedłem.
Młoda stała pod swoim domem. Lekki wiaterek bawił się falbaną jej czarnej sukienki i podrywał do tańca włosy ozdobione czarną wstążką.
-Braciszeeeek!- krzyknęła biegnąc z rozłożonymi ramionami w moją stronę- Jednak udało ci się zdążyć!- dodała zawisając mi na szyi.
-Pewnie, że się udało! A teraz wkłada kask bo musimy zdążyć do cukierni zanim zaczną robić się korki-odpowiedziałem obejmując ja delikatnie.
Potulnie założyła wyjęty przeze mnie kask i po chwili mocno mnie trzymając przemierzała ze mną senne ulice Paryża. Pięć minut przed ósmą zaparkowałem przed "Krainą Czarów", naszą cukiernią. Młoda za pomocą pozłacanego kluczyka otworzyła drewniane drzwi i przekręciła zwisającą na ich szybie karteczkę z napisem "zamknięte". Wskoczyła za ladę i zawiązała sobie kremowy fartuszek w pasie. Ja uruchomiłem kasę, wystawiłem ceny na półki i zajrzałem do kuchni gdzie dzielnie piekły trzy starsze cukiernice : pani Charlotte Defou, pani Isadora Cocaine i pani Eleonora Anienne.
-Dzień dobry! –powiedziałem naszym ‘trzem wróżkom’
-Dzień dobry Vincencie! –przywitały mnie.
Były one wszystkie emerytkami, najlepszymi w całym Paryżu w dziedzinie cukiernictwa, doświadczenie robi swoje. Wziąłem od nich słodkie wyroby i wyłożyłem na półkach i wystawie. Niedługo potem obsłużyłem pierwszych klientów. Dzień był słoneczny, ja i siostra uwijaliśmy się bez problemu, w końcu ona zapytała:
-To co w końcu z twoim domem?
-No mieszkam z gościem, ,którego poznałem na studiach, ma duże mieszkanie. Jest wygodnie
-Ale przecież jest wrzesień ….nie mów, że już się…- zawiesiła głos i otworzyła szerzej oczy.
-No to nie powiem, że się dostałem – uśmiechnąłem się.
-Kyaa! Braciszek jest aktorem! -krzyczała biegając wzdłuż lady.
-Ukyo, klientów wystraszysz. – upomniałem ją lekko zawstydzony tym zachowaniem.
-Ależ to urocze! –wtrąciła kobieta przy stoliku obok okna, trochę pobłażliwym tonem.
Mała zarumieniła się i z uśmiechem wybiegła na zaplecze. Wypiłem kawę i zobaczyłem, że przy ladzie stoi czerwono włosa dziewczyna.
-Witaj Matt, co tam? –zapytałem ją.
-Hej, jest Vivi? –odpowiedziała współlokatorka mojej siostry.
Poszedłem na zaplecze i powiedziałem małej kto przyszedł. Rozpromieniła się i wyszła na salę bby wtulić się przyjaciółkę.
-Po co przyszłaś? – spytała młoda.
-Bo mi się nudzi. Skończyłam już pracę i nie chciałam wracać do pustego domu. Za ile kończysz?
-Jest 16:15, to znaczy, że kończę za… - wysilała się mała.
-Godzinę i czterdzieści pięć minut. –pomogłem jej. – ale ja sam sobie poradzę. Lec .
-Dzięki! –powiedziała i zniknęła na zapleczu.
Matt uśmiechnęła się łagodnie. Bardzo dbała o małą.
-Vivi jest 300% uke, nie może tyle pracować. – zwróciła się do mnie.
-Wiem. Ale znasz ją. Ona sama wyznacza sobie godziny pracy, zakres obowiązków i tak dale. Jak z nią wytrzymujesz w domu?
-Jest słodka. No i utalentowana, wczoraj przyniosła mi śniadanie do łóżka. Rozpieszcza mnie.
-Ty ją też. Jestem pewien, że sama nie kupiłaby sobie tej sukienki, w której jest dzisiaj. Jest zbyt skromna i skąpa wobec siebie. – odpowiedziałem.
-Przesadzasz, to tylko sukienka. To nie jest rozpieszczanie. Zresztą raz na jakiś czas powinna coś ode mnie dostać, w końcu robi dla mnie tak wiele. Poza tym zobacz jak ślicznie wygląda.
W tej chwili młoda wróciła so nas po pożegnaniu z kucharkami. Wzięła Matta pod rękę i wyszła machając mi prawą dłonią. Odmachałem jej i wyczyściłem stolik pani spod okna. Około 17:35 dostałem smsa od Valentina : „Nie wziąłem kluczy. Mógłbyś być w domu o 18:40?” Zero wyjaśnień. Suche pytanie. Prawie bezczelne. Dusząc w sobie wszystkie możliwe do stłumienia emocje odpisałem : „Dobrze, powinienem wrócić o 18:30”
Ogarnąłem wszystkie stoliki, schowałem słodycze do lodówek i po pożegnaniu z kucharkami zamknąłem „Krainę Czarów” i pojechałem do domu. Przez całą drogę rosło we mnie rozgoryczenie. Gdy wreszcie dotarłem na ostatnie piętro kamienicy zauważyłem, że drzwi były otwarte. Zdziwiło mnie to ponieważ byłem pewien, że je zamykałem. Gdy wszedłem do środka zobaczyłem Valentino stojącego w przedpokoju. Otworzyłem usta, aby zapytać co to ma znaczyć, jednak on złapał mnie za nadgarstek, wyciągnął z mieszkania i zbiegł na dół. Dopiero gdy biegnąc za nim zająłem miejsce w jego samochodzie miałem okazje złapać oddech. Sam usiadł na miejscu kierowcy i niemal natychmiast ruszył. Nie wiedziałem co zrobić, nic nie mówiłem, tępo wpatrywałem się w niego. Na pierwszych światłach, stojąc w okropnym korku Valentino przełożył dłoń ze skrzyni biegów na moje udo i z uśmiechem nachylił się do mnie. Nic nie zrobiłem, a już po sekundzie Valentino złączył nasze usta pocałunkiem. Zamknąłem oczy i odpłynąłem. On delikatnie odchylił się by złapać oddech. Chyba chciał coś powiedzieć, ale musiał ruszyć. Odwróciłem się i wlepiłem wzrok w śmigające za oknem plamy ulic. Valentino zaparkował przed restauracją i wysiadł. Zrobiłem to samo. Gdy wszedłem do restauracji Valentino rozmawiał z kelnerem:
-… na nazwisko Bierrl.
-Proszę tędy – odpowiedział kelner.
Valentino zerknął na mnie i ruszył za kelnerem. Stolik do jakiego nas poprowadzono znajdował się za małą ścianką izolującą go od reszty Sali. Gdy zajęliśmy swoje miejsca nikt nie podał nam kart. Przyniesiono za to kieliszki i pół wytrawne różowe wino z dobrego rocznika. Patrzyłem na jego piękn zielone oczy powtarzając sobie w myślach, że my tylko ze sobą śpimy, że całą emocjonalną otoczkę wytworzył jedynie mój głupi umysł. W końcu to tylko zwykłe, przerażająco czyste pożądanie…
Valentino uśmiechnął się burząc wieżę zbudowaną z kruchych przekonań.
-Na co masz ochotę? – zapytał ciepłym głosem nie zważając na moje pękające serce.
Na co miałem ochotę? Na czułość płynącą z chęci a nie z potrzeby. Uznałem jednak, że ta odpowiedź nie usatysfakcjonuje żadnego z nas. Odpowiedziałem więc, że zjadłbym makaron z sosem ziołowo serowym.
___________________________
Na razie to tyle...mam nadzieję, że niedługo będę miała trochę czasu, żeby coś napisać, ale na razie dobre i to ^^
tagi:
Poranek zastał mnie rozłożonego na łóżku jak księcia, ja jednak zignorowałem słońce świecące mi prosto w oczy. Obudziłem się dopiero, gdy usłyszałem szczęk naczyń. Pośpiesznie ubrałem się i zszedłem na dół, by zobaczyć, co się dzieje. Po drodze próbowałem przyzwyczaić się do tego mieszkania. Gdy dotarłem do kuchni okazało się, że Valentino próbuje zrobić śniadanie...
-Hej, co tam pichcisz ?-spytałem.
-To miało być śniadanie, no i tego... no, miało być zanim się obudzisz, ale no... poczekasz kwadransik ?- mówił lekko zmieszany.
Uśmiechnąłem się patrząc na tę scenę i odpowiedziałem:
-Dobra, za 15 minut będzie coś do jedzenia, ale pozwól, że ja to zrobię.
-Jeśli to nie problem...- był zakłopotany jeszcze bardziej.
Zrobiłem wegeteriańską jajecznicę i tosty do czego podałem sok pomarańczowy. Nic wyszukanego, ale szybko, smacznie, do syta i bez mięsa.
-Bardzo dobre !- zachwycał się- ta jajecznica, mmm. Kto cię uczył gotować ?
-Mama, ale głównie siostra.
-O! A ile ma lat ?
-18, tylko rok różnicy.
-To fajnie. Było pysznie.- mówił zbierając talerze.
-Dziękuję.- dodał i przed wyjściem pocałował mnie w policzek.
Mimowolnie położyłem się na nim swoją rękę i uśmiechnąłem się. Kiedy usłyszałem, że on zmywa naczynia pobiegłem do kuchni i odpowiedziałem:
-Nie ma za co.
Teraz i on się uśmiechnął. Moje zachowanie była dla niego pozytywną oceną tego typu zachowań.
-Co masz dziś zamiar robić?- spytałem opierając się o blat tak, aby widzieć jego twarz.
-Nie wiem jeszcze, a co, masz jakieś plany?
-Też nie, więc myślę, że możemy się lepiej poznać.- mówiłem z lekką nutą kokieterii.
Oderwał się od naczyń i spojrzał na mnie. Bardzo mi się podobało to, jak pożera mnie wzorkiem. Oparłem się łokciami o blat i przeciągnąłem. Nie wiem, czemu go prowokowałem, chyba polubiłem tego bruneta. Nie kazał mi długo czekać na swoją reakcję, jeszcze mokrymi rękoma chwycił mnie i namiętnie pocałował. Rozchyliłem usta, aby zaczerpnąć powietrza. Odchyliłem głowę i nie minęły dwa oddechy, kiedy Valentino pieścił moją szyję.
Starał się być delikatny, ale porządnie brało nad nim górę. Moje serce przyspieszało. Po czwartym oddechu przycisnął mnie do siebie mówiąc:
-Chcę się opanować, ale jak tak dalej będziesz się zachowywał to nawet moje starania nic nie dadzą.
-Ale mnie to pasuje.- odrzekłem coś nietypowego dla mnie.
-Nie kuś mnie, bo się nie oprę.- błagał.
-Nie chcę, abyś się opierał.- szeptałem bawiąc się jego włosami.
Bez słowa wrócił do mojej szyi. Podobało mi się to. On mi się podobał, szczególnie jego szaleństwo. W pewnym momencie podniósł mnie. Wiedziałem, co chce zrobić. Wiedziałem i było mi z tym dobrze.
Ułożył mnie na kanapie w salonie. Nachylił się nade mną i spytał:
-Na pewno chcesz ?
-Chcę.- odpowiedziałem.
Nie zdążył się nawet uśmiechnąć, gdy rozległ się dźwięk dzwonka. Obaj poszliśmy otworzyć drzwi.
Stała w nich pulchna staruszka z tacą pełną placków. Po zapachu sądząc jabłkowych.
-Dzień dobry Pani Loitine.- przywitał ją Valentino.
-Witaj serdeńko! Widziałam, że kolega się do ciebie wprowadził, więc upiekłam wam placuszki.- odpowiedziała z dobrodusznym uśmiechem.
-Niech pani wejdzie.- zaprosił ją.
Usiedliśmy w salonie, przyniosłem talerze i sztućce, po czym zacząłem:
-Jestem Vincent Besson, będę chodzić do szkoły z Valentinem.
-To cudownie- ucieszyła się- no, wstań i mi się pokaż młodziuchny.
Wstałem więc, żeby się zaprezentować.
-Jak aniołek!- Ty uważaj Valentino, bo Ci go jeszcze ktoś ukradnie. Taki śliczny chłopiec! No, siadaj i jedz, bo placuszki stygną.- mówiła.
-Bardzo mi miło, pani Loitine.- powiedziałem speszony.
-Elena, też mi miło aniołku.
Zaczęliśmy jeść, wypieki starszej pani były wyśmienite. Pani Loitine kontynuowała:
-Młodzi jesteście, powinniście korzystać z życia, bawić się, póki jeszcze macie jak. Na starość będziecie mięciuchni, tak, że nawet jak będziecie chcieli, to nie będziecie mogli. Mieszkam pod wami, a tu cały czas cicho, bałam się, że pochorowaliście czy coś.- uśmiechnęła się.
-Dziękujemy.- odpowiedział Valentino rumieniąc się prawie tak bardzo jak ja.
-Nie ma za co kochanie, tylko zadbaj mi tu porządnie o tego aniołka!
-Zadbam, obiecuję.
-To dobrze. Ja teraz muszę lecieć, bo do kółka piekarskiego na herbatkę nie zdążę.
-Może panią odwieźć?- zapytał.
-Nie trzeba słodziuchny, poradzę sobie, a wy się sobą zajmijcie gołąbeczki.- powiedziała wybiegając.
-Do widzenia!- krzyknęliśmy za nią, lecz odpowiedział nam jedynie tylko trzask drzwi.
-Czy ona miała na myśli...- próbowałem dobrać słowa.
-Chyba... tak.- rumienił się Valentino.
Po chwili wybuchliśmy śmiechem.
Placki stygły wypełniając pokój zapachem pieczonych jabłek.
-Są mało słodkie.- powiedział zielonooki jedząc.
-To może ja przyniosę cukier?
-Albo... bitą śmietanę.- dodał Valentino i osadził swój niepewny wzrok na mnie.
-Dobrze.- starałem się mówić dość naturalnie, jakby to była istotnie rozmowa o środkach słodzących do placków jabłkowych.
Jego oczy błysnęły przez moją odpowiedź, ja zaś, nie mogąc już grac, poszedłem do kuchni i złapałem za opakowanie śmietany. Chwilę przyglądałem się ściankom tubki, pod którymi kryła się jeszcze płynna słodycz. Zacisnąłem na niej mocniej dłoń i niby normalnie wróciłem do pokoju.
Valentino siedział na kanapie patrząc na mnie. Nie bardzo wiedząc, co mam zrobić, podałem mu puszkę. Wziął wdech, a ja usiadłem. Zaczął potrząsać opakowaniem nie zdejmując ze mnie wzroku. Moje serce kołatało tak mocno, że jestem pewien, iż cała kamienica je słyszała. Valentino przyozdobił jednego racucha śmietaną i zatopił w nim zęby. Ciągle na mnie patrzył. Atmosfera była gęsta jak śmietana.
-Chcesz?- spytał podając mi nagryziony placek.
W ramach odpowiedzi pochyliłem sie i wziąłem kęs najlepszego dania, jakie jadłem w tym tygodniu.
-Masz bitą śmietanę na ustach.- zauważył zarumieniony.
Zamrugałem energicznie, lecz nie sięgnąłem po serwetkę. Powoli oblizałem usta, Valentino zrobił się czerwony i, zanim mój język dotarł do kącika, byłem połączony pocałunkiem z moim współlokatorem. Zamknąłem oczy i powędrowałem rękoma w stronę jago karku. Objął mnie, czułem jego silne ramiona na sobie. Krew napływała mi do mózgu strumieniami, szalałem. Mój partner położył mnie, odepchnąłem go od siebie i zaciągnąłem powietrza. Patrzył na mnie z góry, ta perspektywa była fascynująca. Znów mnie pocałował. Leżał na mnie, dusiłem się z podniecenia. Moje palce błądziły w jego włosach. Nagle on podniósł się i bez żadnego uprzedzenia rozpiął moją koszulę. Dosłownie sekundę delektował sie moją półnagością, po czym chwycił tubkę i potrząsnął nią. Nie zauważyłem kiedy zostałem pokryty słodką pianką. Jego oczy przestały błyszczeć, one wręcz świeciły. Widocznie podniecony czyścił mnie za pomocą swoich miękkich ust. Było mi nieopisanie gorąco, powietrze było gęste. Podniósł się, żeby na mnie popatrzeć. Wstał. Nie wiedziałem dlaczego. Leżałem patrząc wytrzeszczonymi oczyma w sufit. Co się dzieje? Po bezgłośnej wieczność wrócił. W ręku miał opakowanie oliwki do masażu. Był czerwony, a jego wzrok ukazywał jego spłoszenie. Delikatnie się uśmiechnąłem. Zbliżył się.
-Chcesz?- kolejny raz zapytał, jednak tym razem ciszej, jakby wstydził się swoich lubieżnych myśli.
-Jakbym powiedział, że nie, opanowałbyś się?
Nie odpowiedział, przełknął ślinę i wziął głęboki wdech, po czym wbił się w moje usta. Jego wargi parzyły, niemalże dzikie. Od obłąkania dzieliła nas jedynie czułość. Przerwał pocałunek i błyskawicznie pozbawił mnie spodni.
Nie zdążyłem odczuć swojej nagości, ponieważ on szybko w niej do mnie dołączył, po czym nachylił się nade mną. Podniosłem się na łokciach i delikatnie musnąłem jego brodę wargami.. Zawiesiłem mu ramiona na szyi i ściągnąłem go do siebie. Objął mnie, jego ciało było ciepło.
Unurzał palec w oliwce i wszedł nim we mnie. Zapowietrzyłem się. Nie przestając pieścić ustami okolic mojego serca dodał kolejny palec. Jęknąłem. Powoli położył się na plecach wolną ręką podnosząc mój tułów do pionu, dołożył trzeci palec. Gdy zauważył, że oswoiłem się z tym wszedł we mnie. Jęknąłem, tylko głośniej. Poruszałem się powoli, płytko. Stopniowo przyśpieszaliśmy, docierał głębiej. Kurczowo zacisnąłem dłonie na jego przedramionach, były napięte. Mrużąc oczy wznosiłem się i opadałem.Było mi coraz duszniej, goręcej, jego ciało mnie parzyło. Rozchyliłem usta, aby nabrać powietrza. Krew uderzyła mi do mózgu, odchyliłem głowę. Drżałem. Jęczałem coraz głośniej, niemal cały czas. W końcu moje jęki przerodziły się w regularny krzyk. Mimowolnie wygiąłem się, niby łuk triumfalny mający pokazać jego sukces. Wypełnił mnie sobą. Obaj opadliśmy. Dyszałem, nie mogłem złapać ani odrobiny powietrza. Oczy wciąż miałem zamknięte. Wysunął się spode mnie. Wyszedł. Usłyszałem jak brał prysznic i ubierał się. Potem zadzwonił telefon i Valentino opuścił dom. Wstałem. Umyłem się. Ubrałem. Zupełnie jak on, tylko że ja nie potrafiłem się odnaleźć w tym wielkim, pustym domu. Postanowiłem zapełnić tę cisze i wziąłem się za to, co robię najlepiej-gotowanie. Przyrządziłem dobry obiad. Nakryłem do stołu. Ułożyłem włosy. Jednak on nie wracał. Poszedłem więc na górę i ogarnąłem swoje rzeczy. Potem poodkurzałem i umyłem podłogi oraz okna. Poukładałem nawet książki na półkach, gdyż wcześniej zajmowały one podłogi, stoły, blaty i parapety w całym domu. Niestety nadal było cicho i pusto. Wróciłem do salonu, gdzie spoczywał dawno wystygły obiad. Usiadłem na kanapie i czekałem. Valentino nie wracał. Zrobiło się ciemno. W pełnym ubraniu, zupełnie tego nie świadom usnąłem na kanapie.
________________
Jeśli uważacie, że jest to nierealistyczne to nie byliście samotnym paryskim gejem i tyle ;P
tagi:
Sobota
środa, 13.stycznia.2010, 17:13
Pokonywanie schodów powinno być sportem olimpijskim, byłbym w tym najlepszy. Jak mógłbym nie być po tak mocnym treningu? Wszędzie gdzie tylko jestem są schody, ale nie zwykłe, zawsze trafiam na cała masę schodów! Tak samo jest tutaj, w Akademii Teatralnej w Paryżu. Jednak tę masę schodów również udało mi się pokonać i mym oczom ukazała się upragniona tablica a na niej lista, o której śniłem co noc przez całe wakacje.
Podszedłem bliżej, aby przeczytać ten piękny kawałek papieru, aby poznać go nazwisko po nazwisku. I wreszcie dotarłem do tego najpiękniejszego, dumnie prężącego się na 9 numerze listy: Vincenta Besson- najwspanialszego, bo mojego własnego. To oznaczało jedno: dostałem się!
Teraz będę mógł być aktorem, spełnię marzenia i...- w tym momencie moje rozmyślenia przerwało lekkie szturchnięcie w ramię, po którym nastąpiło ciche ''przepraszam''.
Wypowiedział je wysoki, zielonooki brunet, który dotknął listy wskazującym palcem prawej ręki i zsunął go powoli na dół. Zatrzymał się na numerze 10- Valentine Bierrl'u, po czym uśmiechnął się i odwrócił do mnie mówiąc:
-Dostałem się !
-To wspaniale, będziemy się razem uczyć.
-A właściwie z kim mam przyjemność?
-Vincent Besson- przedstawiłem się podając mu rękę.
-Valentine Bierrl- powiedział ściskając mi dłoń.
Miał silne i ciepłe ręce.
Patrzył na mnie z zaciekawieniem przez cały czas, wydaje mi się, że to z powodu mojej urody.
Bowiem jestem drobnym, bladym blondynem o niebieskich oczach.
Jestem bardzo podobny do mojej młodszej siostry.
Mam lokowane złote włosy za łopatki. Nie jest to zwykły blond, są na prawdę złote.
Moje rysy są delikatne, niemal dziewczęce.
Oczy, które odbijają kolor nieba osłonięte są wachlarzem rzęs. Często się rumienię.
Przyjaciele nazywają mnie aniołem.
W końcu on przerwał ciszę pytając:
-Nie zamieszkałbyś ze mną?
Spojrzałem na niego nawet nie próbując kryć mojego zdziwienia. Nic nie powiedziałem.
-Po prostu mam duże mieszkanie i sam muszę płacić za czynsz itp... Przydałby mi się współlokator.
Uśmiechnąłem się. Ta propozycja spadła mi z nieba. Aktualnie wynajmowałem małe mieszkanie u starszej pani...
-A gdzie ono jest ?
-3 przecznice stąd. Na ulicy Św. Franciszka z Asyżu 15, poddasze. Znaczy nie tylko, ale poddasze też wykorzystałem.
-Zgadzam się- przewałem- kiedy mogę się wprowadzić ?
-Dziś, jeśli Ci się uda.
Uzgodniliśmy jeszcze podział opłat, zakupów, ciszy nocnej itd, i wspólnie pojechaliśmy po moje rzeczy. Był akurat koniec miesiąca, wiec wynajemca nie miał do czego się przyczepić.
Nie mam dużo rzeczy, więc udało nam się zawieźć wszystko na 2 raty. Jego samochód jest cudowny, ale i tak nie wymieniłbym mojego motoru na niego.
Po w miarę szybkim oprowadzeniu i szybkim rozpakowaniu moich klamotów wyszliśmy do sklepu.
-Czym się zajmujesz ?- zapytał wybierając słodycze.
-Pracuję w cukierni, a ty?
-Jestem wydawcą, zarządzam działem koordynacji wydruków.
-A co drukujecie ?
-To pewnie wyda ci się głupie, ale fantastykę, prasę i mangi.
-To wspaniałe! Ja niestety jestem lekko uzależniony od tego typu lektur.- odpowiedziałem wrzucając do koszyka czekoladę.
-Mogę Ci przynosić nieoficjalne druki, jeśli pozostaną u ciebie. Też je uwielbiam.
-Byłoby świetnie. Ja mogę co najwyżej częstować cię słodyczami i sądząc po twoich zakupach nie pogardzisz nimi.
-Kocham słodycze, to już nie jest uzależnienie, to coś silniejszego!- odpowiedział dokładając kolejną tabliczkę czekolady.
Po powrocie do domu wykąpałem się i od razu wysuszyłem włosy, żeby nie mieć z nimi problemu. Oczywiście jednak nie mogłem znaleźć koszulki od piżamy, więc krzątałem sie po mieszkaniu w samych spodniach. Zabiegany wpadłem na Valentine'a. Odruchowo zatrzymałem się i spojrzałem w górę. Wlepił we mnie swój nieprzyzwyczajony do mojej osoby wzrok i zatrzymał go na tyle długo, żebym mógł zauważyć zielone błyski w jego oczach.
-Nie widziałeś mojej koszulki od...-zacząłem z pewnością się rumieniąc.
-Nie.- przycisnął mnie do siebie, lecz nie przestał omiatać wzrokiem.
Chciałem go ominąć i wznowić poszukiwania, jednak lewą ręką podtrzymywał mnie w pasie, a prawą ujął mój podbródek, i pocałował.
Gdy mnie opuścił zakryłem dłonią usta i wytrzeszczyłem oczy, sam nie wiem dlaczego.
-To tylko pocałunek. Jesteśmy aktorami, jeszcze nie raz cię to spotka.-mówił z opanowaniem, lecz jego oczy błyszczały jeszcze bardziej.
Wiedziałem, iż jestem piękny, ale nie myślałem, że może to doprowadzić do takich sytuacji. byłem tak zaskoczony tym, co zrobił, że nie zdążyłem poznać jego smaku czy zapachu... a chciałem znać, przynajmniej od teraz.
On nawet nie zdjął ze mnie swojej ręki, to już nie było aktorstwo, więc uznałem, że jest to przyzwolenie. Wspiąłem się na palce i odwzajemniłem jego pocałunek.
Doprawdy nie wiem o czym wtedy myślałem. On pachniał jak jaśmin z lotosem, a smakował słodko, bardzo słodko.
Niby było to tylko zbliżenie, nic nie znaczące, będąc aktorem, a jednak wiedziałem, że mężczyzna o moich inicjałach nie będzie już dla mnie zwyczajnym współlokatorem.
Jego język był podobny do jego oczu, nie umiał udawać zobojętnienia.
Gdy opuściłem się znów na całe stopy, on powiedział
-To przez twoje różane usta.
Uśmiechnąłem się , niby niewinnie i zwinnie wypełzłem z jego objęć, by następnie czmychnąć na półpiętro, gdzie była sypialnia i od razu schowałem się pod kołdrę.
Sam siebie nie rozumiejąc zachichotałem jak driada, której udało się uwieść fauna.
Zaraz potem zasnąłem.
tagi:
2010
styczeń (3)luty (1)
lay :
violent soul
photo:
dA